środa, 4 lutego 2015

Od Sanny do Sillena

A jeśli faktycznie nie muszę się bać? Jeśli faktycznie nic mi tu nie grozi? Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie umiem sobie uświadomić, że nie mam się czego bać.
Nasza rozmowa była krótka- jak moja rozmowa z każdym. Tylko moje ,,nie'' i moje ,, boję się'' a potem słowa tamtego wilka na przykład ,,nie masz czego'' i takie tam... te rzeczy. Moją smutną przeszłość noszę w sercu już dwa lata. Chciałabym się z kimś podzielić, chciałabym mieć kogoś na oparcie. Kogoś, kto zawsze mi pomoże, kogoś kto mnie wysłucha i podniesie na duchu. Ale nie mam i nie będę mieć, raczej. Popatrzyłam na niego ostatni raz... I odeszłam. Byłam smutna- jak zawsze. Wystraszona już mniej. Mój długi ogon włóczył się za mną jak... Ogon. Moja głowa smutno zwisała a ja szłam powoli... Noga za nogą... I szłam, przed siebie. Moje nogi poniosły mnie na urwisko.
Skała unosiła się wysoko nad wijącą się rzeką. Gdyby tak tam wpaść? Byłby już spokój. dla wszystkich. a szczególnie dla mnie- koniec zmartwień, smutków i rozczarować. Zapomną wtedy o tym co mnie wcześniej spotkało.
Siedziałam tak rozmyślając nad upadkiem z urwiska. Mój pysk smutno zwisał. W pewnym momencie, już przy zachodzie słońca, łza spłynęła mi do oka i kapnęła na ziemię. Powoli wstałam, wiatr lekko zawiał... Przez mojej ciało przeszedł mały dreszcz... Stanęłam tuż na skraju skały. Moje serce zaczęło bić mocniej. zamknęłam oczy... Moje myśli były różne- okrutne dzieciństwo... Kilka przygód... I... Sillen. Otworzyłam oczy w strachu. Natychmiast się cofnęłam. Zamknęłam oczy i biegłam pod wiatr, serce biło mi mocniej... co raz mocniej.
- Nie potrafię sobie tego zrobić. Nie dam rady- wycedziłam w biegu.
Biegłam ile sił w łapach. Tchu mi brakowało po woli. Poczułam, że zbiegam z jakiejś góry. Straciłam panowanie w łapach. Potknęłam się o kamień i...

<Sillen? Ktoś musi w końcu zakończyć tą przygodę...>

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Made by Schizma