Już kompletnie jej nie rozumiałem, a na dodatek patrzyła na mnie jak na
człowieka... (ach te baby, a raczej wadery-pomyślałem). Nadal siedząc na
moim wielmożnym zadku czekałem, aż dojedziemy, ale nawet nie wiem dokąd
jedziemy, ale to tylko przecież kolejne pytanie na które nie znam
odpowiedzi... Czas mijał, a melodia wywołana przez stukot kół była
nie do zniesienia, a ja chyba taki niestety byłem dla Larisy. Stuku, stuku
[...], czy można przynajmniej przy tym nie zwariować, bo wątpie, a
trwało to całe dwie godziny...
*Po dwóch godzinach jakże ,,przyjemnej'' przejażdżki...
Nagle usłyszałem jakąś rozmowę, a potem oślepiło nas światło
otwierających się od przyczepy drzwi. Niedługo po tym zauważyliśmy dwie
małe klatki do których ludzie od tyłu próbowali nas włożyć, ale przecież
chcieliśmy wrócić, więc opór był tu normalny. Niestety chęci i dobre
kondycje, a w tym wypadku kły i pazury były na marne, a na naszych
pyskach założyli jakieś coś co nazwali kagańcem.
-Dobra, a teraz do pomieszczenia ze zwierzętami, a na tą bojową miejcie
oko-powiedział chyba ich szef, ale czemu mi nie dał przymiotnika bojowy
(smutas).
-To wszystko przez ciebie-powiedziała z wyjątkowym podkreśleniem na słowo ciebie.
-Teraz chyba nie chcesz się kłócić, oprócz tego to nie moja
wina -szepnąłem, jakoś chaotycznie, gdyż człowiek który mnie brał do tego
pomieszczenia trząsł moją klatką jakby chciał mnie zmiksować.
-Kłamca, zdrajca...-były to ostatnie jej słowa jakie wypowiedziała, gdyż ją gdzieś wzięto...
Usłyszałem jakieś głosy i zobaczyłem klatki wypełnione zwierzętami, a w
jednej był nawet wilk z którym zacząłem się próbować porozumieć, ale
gdzie Larisa...
Larisa?
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz